Pamiętam rozmowę z moim Tatą, kiedy skończyłem dwadzieścia trzy lata. Uświadomił mi wtedy, że on w moim wieku miał już syna (czyli mnie) i łagodnie zasugerował, że może już pora, żebym ja też zastanowił się nad założeniem rodziny i spłodzeniem juniora. Życie pokazało, że na ten moment musieliśmy czekać kolejne osiemnaście lat, bo Tośka przyszła na świat miesiąc przed moimi czterdziestymi pierwszymi urodzinami.

Teraz wracamy z uśmiechem do tamtych rozmów i porównujemy podejście do ojcostwa, kiedy ma się dwadzieścia czy czterdzieści parę lat. Pomijam przy tym inną epokę gospodarczą i polityczną, w której przyszło nam wychowywać nasze dzieci. Najciekawsza jest dla mnie relacja z dzieckiem i sposób patrzenia na tacierzyństwo.

Czym zatem różni się spojrzenie nowo upieczonego taty 40-latka od 20-latka?

Który priorytet ma dziecko?

Tata po czterdziestce, który ma podobny życiorys do mnie, zdążył się już wyszumieć zawodowo. A przynajmniej chodź raz pomyślał a po cholerę mi to wszystko, mając na myśli kolejne spotkania, raporty, prezentacje, wyjazdy i kolacje służbowe. Nastukał masę różnych projektów, poznał blaski i cienie pracy w mniejszej i większej firmie, spełnił jakąś część swoich profesjonalnych ambicji, udowodniając sobie i innym to i owo. Stabilizacja w pracy, wiara we własne kompetencje i trochę oszczędności z pewnością zapewniają mu więcej luzu. Dlatego może podejść do malucha jako do projektu nr 1, czyli takiego, który ma największy priorytet. I nie chodzi tutaj o czas potrzebny na ogarnięcie fizycznych potrzeb dziecka, ale na skupieniu się na nowym wyzwaniu – budowaniu relacji i więzi z dzieciaczkiem dzień po dniu.

Mój ojciec w wieku dwudziestu trzech lat był na zupełnie innej życiowej planecie. Kończył studia, kuł nocami do egzaminów, robił lokalną karierę muzyczną jako lider studenckiego zespołu rockowego a po studiach marzył o dobrej pracy w nowoczesnym zakładzie. I oczywiście chciał się wyszaleć. Zupełnie jak ja w jego wieku :-).

Młodzi mają krzepę, starsi o nią zabiegają

Siła fizyczna to jest największy atut dwudziestoparolatków w porównaniu ze starszymi tatusiami. Chociaż trudno się do tego przyznać, mam teraz mniej siły i jestem bardziej wygodny niż kilkanaście lat temu. Trudniej znoszę przerwy we śnie, częściej bolą mnie plecy i mięśnie od noszenia małej, chętniej spędzam więcej czasu na kanapie niż w ciągłym biegu. Pamiętam, że w czasie pierwszych tygodni miałem niezły kryzys, bo kręgosłup odezwał się tak mocno, że przestraszyłem się nie na żarty. I wtedy postanowiłem, że nie mogę absolutnie dać za wygraną. Motywacja do utrzymania kondycji fizycznej wystrzeliła błyskawicznie w górę. Kiedyś w czasie zimy pewnie wybrałbym się na narty, ale generalnie czekałbym na cieplejsze miesiące, żeby zacząć treningi biegowe. Tym razem jest inaczej. Bez względu na pogodę zacząłem regularnie ćwiczyć i obym się tego trzymał! Sam się lepiej czuję i mam więcej pary, żeby ponosić jak trzeba, coraz cięższą Tośkę.

Robię przemeblowanie w wartościach

Układanie sobie w głowie, tego, co się dzieje, po przyjściu dziecka na świat, to jest proces, który trwa i zajmuje starszym ojcom trochę czasu. Młodzi mniej się nad tym zastanawiają, działają intuicyjnie w krótszym horyzoncie czasowym. Są bardzo pragmatyczni. Starsi z kolei są bardziej refleksyjni. Przynajmniej tak to wyglądało i wygląda w mojej rodzinie.

U mnie proces przemeblowania w wartościach trwa nadal. Po pierwsze dopiero niedawno sprecyzowałem, jakie wartości są dla mnie ważne. Na pewno należą do nich ciekawość świata, niezależność czy przyjaźń. Rodzina jest w tej hierarchii nieco dalej. Oczywiście rodzina w rozumieniu najbliżsi krewni, jest dla mnie najważniejsza, ale rodzina jako idea, czy wartość, którą się kieruję, już niekoniecznie. Jestem przy tym zupełnie szczery wobec siebie. Jednocześnie zastanawiam się, ile osób które bez zająknięcia twierdzi, że rodzina jest dla nich najważniejsza (mówiąc o wartościach a nie o prywatnym rankingu ludzi), naprawdę tak uważa, a ile po prostu deklaruje coś, co jest zgodne z oczekiwaniami otoczenia. A może to tylko ja jestem inny. Ale to jest temat na inny wpis. Co jest istotne tutaj, to jak się te wartości przekładają na podejście do spraw rodzinnych.

Zauważyłem, że szczególnie po urodzeniu Tosi, próbowałem wcisnąć projekt Tosia między wiele swoich innych swoich planów i marzeń. Dopiero z biegiem dni zrozumiałem, że jeśli zależy mi na budowaniu silnej relacji z córką, ona musi czuć, że jest dla mnie numerem jeden, przed bieganiem, podróżami, czy na przykład rozwijaniem tego bloga. Ale żeby mogła to poczuć, to tak rzeczywiście musi się stać. I to się teraz powoli zmienia, co obserwuję z fascynacją.

Układam puzzle mojego życia tak, żeby utworzyły jakąś harmonijną całość

Kiedy już uświadomiłem sobie powyższą transformację w wartościach, spostrzegłem też, że ma ona przełożenie na inne sfery mojego życia. Zmienia się baza, na której powstają pozostałe życiowe projekty. Skoro jednym z fundamentów ma być budowanie więzi z córką, to do tego potrzebny jest czas. Dlatego świadomie rezygnuję na razie z rozwoju kariery na rzecz ojcostwa, korzystając z urlopu macierzyńskiego mojej żony (potocznie zwanym tacierzyńskim).

Ok, ta decyzja jest już za mną. Ale pojawiają się kolejne pytania. Jak zintegrować w dłuższej perspektywie pracę zawodową z chęcią bycia bliżej Tosi? To oczywiście jest wyzwanie do rozwiązania za jakiś czas. Natomiast całkiem niedawno powstała idea niniejszego bloga. Z jednej strony wynikała ona z chęci tworzenia i spróbowania sił na nowym terenie, z drugiej jej motorem jest Tosia i relacje w rodzinie, którymi się pasjonuję. Mamy tutaj do czynienia z idealną symbiozą potrzeb, co również gwarantuje, że moja motywacja do pisania i dzielenia się refleksjami na temat ojcostwa utrzyma się jeszcze bardzo długo.

Podobnie myślę o podróżach. Od zawsze lubiłem podróżować. Przed urodzeniem Tosi, bardzo często wyjeżdżaliśmy z Natalią. Zwiedziliśmy masę krajów na całym świecie. Nie chcemy z tego zrezygnować, ale też nie wyobrażamy sobie wybierać między Tosią a podróżami. Dlatego, może nieco inaczej, ale z pewnością wkrótce wybierzemy się razem w pierwszą zagraniczną podróż. Jesteśmy teraz w trójkę i dostosowujemy się do sytuacji.

Słucham mądrzejszych ode mnie

Wiele lat temu, mniej więcej wtedy, kiedy odbyłem pierwszą rozmowę z moim Tatą o rodzinie, usłyszałem piękną historię, która do dzisiaj siedzi głęboko w moim sercu i głowie.

Pewien nauczyciel buddyjski na pytanie – mistrzu, jak żyć?, odpowiedział swojemu uczniowi. Weź dwa słoje, kilka dużych kamieni, garść mniejszych i piasek. A teraz wsyp piasek do pierwszego słoja i dorzuć małe kamyki. Zobacz, zapełniłeś cały słój, na duże kamienie nie ma już miejsca. A teraz weź drugi słój. Włóż do niego najpierw duże kamienie, tyle ile się zmieści. Potem dosyp po brzegi małych kamyków. Na koniec jeszcze wsyp piasek. Tym razem na wszystko starczyło miejsca. Widzisz, tak samo jest z naszym życiem – jeśli zaczniemy układać je od błahych codziennych spraw, na rzeczy ważniejsze i najważniejsze może zbraknąć miejsca. Natomiast jeśli najpierw zadbamy o rzeczy najważniejsze, potem mniej ważne a na końcu o rzeczy codzienne, to nasze życie, jak ten drugi słój, pomieści wszystko, a my będziemy spełnieni.


Wiele lat mi zajęło, żeby odróżnić, co w moim życiu jest dużym, co średnim kamieniem, a co tylko piaskiem. Nie miałem o tym pojęcia, kiedy byłem dwudziestoparolatkiem. Teraz też już wiem, że układam wszystko sobie w moim życiowym słoiku na nowo, bo doszedł po prostu jeszcze jeden duży kamień…

Twój Maluch nie śpi w nocy?

http://sleepconcept.pl/wp-content/themes/sleep-wp/assets/img/logo-light.pngNa hasło Tasty Way of Life, dodatkowe konsultacje gratis. Poznaj szczegóły i naszą historię.