Najtrudniejsze wyzwanie dla faceta takiego jak ja.

Muszę przyznać, że piszę ten tekst pod wpływem silnych emocji. Jestem sfrustrowany i to bardzo. Zacznę od tego, że dzisiejszy wpis miał być zupełnie o czymś innym. Temat, który sobie wybrałem, wymagał większego skupienia, przeczytania paru źródeł i analizy. Jednym słowem, żeby go opracować, potrzebowałem spokoju i czasu. A tego właśnie brakuje już od wielu dni i wczoraj wpadłem w lekką panikę. Postanowiłem więc opisać, co się teraz dzieje ze mną i wokół mnie i co czuję, kiedy konfrontuję się z najtrudniejszym wyzwaniem dla faceta, takiego jak ja.

No dobrze, żebyście dobrze zrozumieli kontekst, zacznijmy od wyjaśnienia,

Co ceni facet taki jak ja.

Otóż bardzo sobie cenię dobrą organizację czasu. Mój kalendarz jest wypełniony zadaniami, mniejszymi i większymi, które planuję danego dnia. Jest ich sporo, więcej niż pewnie dałbym radę zapamiętać, więc od lat je spisuję w planerze rocznym. Takim prawdziwym, fizycznym, nie wirtualnym. Z pewnością mój planer jest jednym z najczęściej dotykanych przedmiotów, jakie mam i może z powodzeniem rywalizować z komórką.

Zdaję sobie sprawę, że u jednych budzi to ciekawość, bo sami szukają sposobów na lepszą organizację pracy. U innych natomiast wywołuje uśmiech, czasami nawet uśmiech politowania, bo preferują bardziej kreatywne i luźne podejście do planowania zadań. I rozumiem to. Jedni z nas od chwili zakończenia szkoły pracują na etat w rytmie 9-17, co już narzuca konieczność organizacji. Ja funkcjonowałem tak przez szesnaście ostatnich lat. Inni pracują jako wolni strzelcy i rytm wyznacza im projekt, a nie pora dnia, więc często nie dostrzegają różnicy między sobotą a poniedziałkiem, ale z drugiej strony, jak trzeba załatwić coś o 12.30 w mieście, to nie stanowi to dla nich przeszkody.

Ja z pewnością należę do tej pierwszej grupy, ale niedawno zrozumiałem, skąd u mnie bierze się ta chęć skrupulatnego planowania. Otóż jedną z wartości, którą kieruję się w życiu, a której nie wymieniłem we wpisie, w którym wspomniałem o swoich wartościach, można by nazwać

Wykorzystać na maksa.

Boli mnie, kiedy widzę, ile zasobów marnuje się w życiu prywatnym, biznesie czy w sferze publicznej. Chodzi tu i o nasz czas, ale i na przykład o żywność czy zasoby naturalne. Nie chcę się do tego przyczyniać. Nie chcę marnować niepotrzebnie ani żadnej rzeczy ani niczyjego czasu, w tym swojego. Co do rzeczy, to bliżej mi do minimalizmu niż do rozdmuchanego konsumpcjonizmu. Może będzie okazja o tym napisać innym razem.

Natomiast jeśli chodzi o czas, to mam coraz większą świadomość, że pewnego dnia pożegnam się z tym światem i dlatego nie chcę marnować życia na rzeczy mało istotne. Żeby się przed tym bronić, chcę mieć kontrolę nad każdym dniem i dobrze go zaplanować.

Jakie jest to najtrudniejsze wyzwanie?

Przejdźmy do sedna. Od momentu, w którym zostałem tatą, coraz częściej mogę podsumować dzień, jak Rewiński w Kilerów dwóch: I cały misterny plan w p***u. Nie da się już tyle zaplanować, ciągle coś się zmienia, miało być tak, a jest siak. Zamiast skreślać moje zapiski w notatniku, jako rzeczy wykonane, to non stop przepisuję je tylko na kolejne dni, z nadzieją, że w końcu znajdę na nie czas. A wszystko dlatego, że wyskakują tematy, które w tych planach się nie mieściły. Często przed położeniem się spać rzucam jeszcze okiem na mój kalendarz i patrzę, co ważnego powinienem zrobić jutro, na czym mam się skupić. Rano sobie o tym przypominam i czekam już z niecierpliwością na moment, kiedy się za to zabiorę. Na przykład za napisanie nowego arcyciekawego postu, o którym wspomniałem we wstępnie. I tak czekam i czekam na tę chwilę, żeby usiąść do pisania, ale po drodze zdarzają się mniejsze i większe katastrofy i ten moment, kiedy myślałem, że będę miał dla siebie, nigdy nie nadchodzi. Więc wieczorem przepisuję w kalendarzu napisać post na następny dzień… Tyle że ten następny dzień niewiele różni się od poprzedniego…

Jeśli umiecie postawić się w mojej sytuacji, to pewnie zgodzicie się, że można zwariować. Niby wiele się dzieje, za wiele, ale nie to, co bym chciał, żeby się działo. To oznacza, że w zasadzie mam poczucie, że nic się nie dzieje, że stoję w miejscu. Co więcej, planowane zadania zaczynają się nawarstwiać, bo przecież za tydzień miałem już zająć się zupełnie czymś innym, na przykład przygotowaniem prezentacji na konferencję blogerów rodzicielskich w Poznaniu.

Dlaczego moje plany biorą w łeb?

Do niedawna moje życie splatało się tylko z życiem Natalii. Wspólnie ustalaliśmy, kiedy spędzamy czas razem a kiedy osobno. Gdy spędzaliśmy czas oddzielnie, to albo dlatego że pracowaliśmy albo oddawaliśmy się jakimś indywidualnym przyjemnościom. To dramatycznie się zmieniło, kiedy zawitała do nas Tośka. Póki jest malutka, ani Natalia ani ja, nie jesteśmy w stanie pracować w tym samym czasie. Zawsze jedno z nas ma oko na Małą. To samo jest z przyjemnościami. Jeśli ja wychodzę pobiegać, Tosia jest pod opieką mamy, jeśli Natalia wyskakuje na manicure, ja bawię się z Tośką. Łatwo policzyć, że czas na pracę i przyjemności skurczył nam się bardzo. Gdyby tylko liczyć pracę i przyjemności, to mniej więcej o połowę.

Ale przecież są jeszcze wszystkie obowiązki domowe i trzeba coś zjeść czasami, co również z reguły robimy na przemian, bo na przykład Natalia karmi, a zupa jest już gorąca i czeka. Czyli w zasadzie cały nasz czas skrócił nam się o połowę, z czego większość pożerają nam codzienne prace domowe, pracą jest w stanie efektywnie zająć się tylko jedno z nas, a o przyjemnościach to często obydwoje możemy pomarzyć.

No dobra, można powiedzieć, że na to mogliśmy być przygotowani, decydując się na dziecko, więc skąd ta frustracja, ktoś mógłby zapytać?

Ano stąd, że kiedy mama jest chora, to jest katastrofa do kwadratu!

I to jest już prawdziwa masakra, którą przeżyliśmy kilka dni temu. Natalia dostała gorączki, straciła apetyt, nie miała na nic siły przez parę dni. Dla mnie to był total disaster, Sajgon i Kambodża razem wzięte. Po pierwsze czekałem na ostatni tydzień z utęsknieniem, bo Natalia ma przerwę w projekcie i miał to być czas, kiedy więcej popracuję nad blogiem. Rano w czwartek miałem wyjść na parę godzin i popisać w sympatycznej kawiarence, a w sobotę mieliśmy odwiedzić znajomych. Po drugie trzeba było ogarnąć całodzienną opiekę nad Tosią, którą należało odseparować od mamy, bo może się zarazić. Po trzecie trzeba było zająć się Natalią, zorganizować lekarza, uruchomić pomoc teściowej, zorganizować leki, przygotować coś do jedzenia i picia. A żeby tego było mało, to zawisło nad nami jak miecz Damoklesa widmo tego, co jeszcze może się stać – Natalia straci pokarm, bo nie będzie jadła, Tosia będzie głodować, bo nie je jeszcze nic innego, a do nowego pokarmu szybko się nie przyzwyczai, Tosia zarazi się od Natalii, wylądujemy z nią w szpitalu, Natalia rozchoruje się jeszcze bardziej ze stresu, ratunku @#$%*&!^!!!!!

Oooommmmm… Przecież muszą być jakieś dobre strony.

Z reguły, kiedy schodzi ze mnie napięcie i trochę uda mi się poluzować szeleczki, to staram się zobaczyć te trudne sytuacje w szerszej perspektywie. Co mogę zmienić, a na co nie mam wpływu? Czego mi najbardziej brakuje i jaki może być najlepszy sposób, żeby te potrzeby zaspokoić? Tym razem wyciągnąłem dwie lekcje.

Po pierwsze, życie toczy się w każdej minucie, a więc też między jednym zaplanowanym zadaniem a drugim. Skoro tak, nie warto tak bardzo emocjonalnie przywiązywać się do tych planów, bo łatwo umyka nam coś, co dzieje się tu i teraz. Co też może być bardzo fajne. To jest najtrudniejsze dla mnie, szczególnie gdy czekam na coś, co wiem, że sprawi mi dużą radość.

Po drugie, każde takie wyzwanie sprzyja kreatywnym rozwiązaniom. Na dobrą sprawę, nie muszę przecież pisać na zadany temat. Sam o tematach decyduję. Zawsze mogę napisać dosyć szybko i bez dodatkowych poszukiwań o tym, co się aktualnie dzieje we mnie albo wokół mnie, jeśli okoliczności nie pozwalają na zgłębienie bardziej wymagających zagadnień. Tak jak napisałem ten tekst. Ale to nie wszystko. W końcu, jeśli naprawdę zaskoczy mnie sytuacja podbramkowa i nie znajdę siły ani energii na napisanie czegokolwiek, to wierzę, że jeśli umieszczę post pt. Dzisiaj nie ma wpisu, bo musiałem z Tośką pojechać do lekarza, to mi wybaczycie i świat się nie zawali!

Prawda?

Zobacz także / Related post
Tomasz Smaczny on EmailTomasz Smaczny on FacebookTomasz Smaczny on InstagramTomasz Smaczny on Linkedin
Tomasz Smaczny
Nazywam się Tomasz Smaczny i jestem ciekawym tatą.
Pomagam mamom i tatom małych dzieci podejmować najlepsze decyzje dotyczące opieki i wychowania swoich pociech. Nawet jeśli nie mają wiele czasu. Żeby poczuli się spokojniejsi i bardziej spełnieni jako rodzice.
Dlaczego to robię? Przeczytaj moją historię...

Zobacz także
Twój związek przeżywa kryzys? To może być olbrzymia szansa…

Twój związek przeżywa kryzys? To może być olbrzymia szansa…

Muszę przyznać, że piszę ten tekst pod wpływem silnych emocji. Jestem sfrustrowany i to bardzo. Zacznę od tego, że dzisiejszy
Read More
Gural! Jest na Ciebie sposób! I przy okazji na inne ciemne typy w sieci.

Gural! Jest na Ciebie sposób! I przy okazji na inne ciemne typy w sieci.

Muszę przyznać, że piszę ten tekst pod wpływem silnych emocji. Jestem sfrustrowany i to bardzo. Zacznę od tego, że dzisiejszy
Read More
Zanim poprosisz dziecko o sprzątanie zabawek, a ono znowu odmówi…

Zanim poprosisz dziecko o sprzątanie zabawek, a ono znowu odmówi…

Muszę przyznać, że piszę ten tekst pod wpływem silnych emocji. Jestem sfrustrowany i to bardzo. Zacznę od tego, że dzisiejszy
Read More
Nosić malucha większość dnia? Poświęcać mu dużo uwagi? Rodzicielstwo bliskości vs RIE.

Nosić malucha większość dnia? Poświęcać mu dużo uwagi? Rodzicielstwo bliskości vs RIE.

Muszę przyznać, że piszę ten tekst pod wpływem silnych emocji. Jestem sfrustrowany i to bardzo. Zacznę od tego, że dzisiejszy
Read More
10 bezbłędnych sposobów na wychowanie dzieci, które zmienią świat.

10 bezbłędnych sposobów na wychowanie dzieci, które zmienią świat.

Muszę przyznać, że piszę ten tekst pod wpływem silnych emocji. Jestem sfrustrowany i to bardzo. Zacznę od tego, że dzisiejszy
Read More