Dlaczego współczuję rodzicom, którzy krzyczą na swoje dzieci.

Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale kiedy zauważam, że ktoś krzyczy na dziecko, to dosyć automatycznie ja zamieniam się z tym dzieckiem miejscami. Wtedy słyszę i widzę, jak ktoś znacznie wyższy i silniejszy ode mnie stoi nade mną, wykrzywia twarz w grymasie złości i przeraźliwie głośno do mnie coś mówi. Na tyle głośno, że nic nie rozumiem i zaczynam się bać. A potem czuję ból, smutek i żal, bo tym kimś z reguły jest mój tata lub moja mama. Najważniejsze osoby na świecie.

Po takim przeżyciu czuję też w sobie dużo złości. Złości na rodzica, który tak się zachowuje. I pewnie gdybym był dzieckiem, to on od razu zobaczyłby tę moją, często nieuświadomioną, złość i żal. Ale teraz jestem dorosły i trochę inaczej patrzę na innych rodziców. Po złości przychodzi współczucie. Autentycznie mi tych rodziców żal. I właśnie teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego.

Bo to, co robią, najnormalniej w świecie nie działa.

Krzyk na dziecko w połączeniu z gestykulacją, groźną miną, różnicą wzrostu, wagi, siły i świadomości jest bez wątpienia zachowaniem agresywnym. Jest też zupełnie odruchowym sposobem na zwrócenie uwagi i wywołanie jakiegoś efektu. W przypadku dzieci najczęściej krzyczącemu chodzi o to, żeby dziecko coś natychmiast zrobiło lub przestało robić.

Sęk w tym, że ten biedny wrzeszczący rodzic strzela sobie w kolano. Bo chociaż za pierwszym razem może wywoła oczekiwany rezultat, to wchodzi na ścieżkę, z której trudno jest zawrócić. A mianowicie przymuszone do czegoś dziecko następnym i kolejnym razem będzie się buntować. To jest zupełnie naturalne. Komu się podoba, kiedy się na niego krzyczy? No więc ten zupełnie skołowany rodzic będzie musiał teraz krzyczeć więcej. Na dodatek okaże się, że nie tylko trzeba to będzie ciągle robić w podobnej sytuacji w przyszłości (ile razy ci mówiłem!!!). Dziecko zacznie też testować granice w tych sytuacjach, w których wcześniej nie było żadnego problemu. Rodzic zatem z czasem zacznie przypominać wilka z hitowej wśród dzieci w latach 80. radzieckiej gry elektronicznej, który rozpaczliwie próbuje łapać jajka lecące z każdej strony…. Jednym słowem, będzie krzyczał ciągle.

Ale to nie wszystko. Bo okazuje się, że jedyne, czego dziecko uczy się w takiej relacji z rodzicem, to jak uniknąć jego przykrej i bolesnej reakcji. Kombinuje więc, jak tu nie dać się złapać a fakt czy tata lub mama mieli rację, przestaje mieć znaczenie. Bo krzyk zagłusza istotę tego, co rodzice faktycznie chcieli dziecku przekazać. I dlatego ten kilkuletni chłopiec czy dziewczynka niczego innego się nie nauczą oprócz unikania agresywnego rodzica. Być może pod ciągłą presją czekać będą tylko na moment (często latami), żeby się postawić i w końcu robić otwarcie to, za co tak długo i konsekwentnie ich karano. Bo krzyk rodzica, najbliższej dziecku osoby, z pewnością jest dla niego dotkliwą karą.

Bo nie umieją inaczej.

Rodzice, którzy zwyczajowo podnoszą głos, zasługują na współczucie. Oni są przecież zupełnie zagubieni. Nie umieją inaczej. Przecież żaden rodzic nie chce źle dla swojego dziecka. Ale są tacy, którzy nie za bardzo się zastanawiając, sięgają do intuicyjnego arsenału zachowań. Kiedy natomiast wśród znajomych znajdą się rodzice reprezentujący nieco bardziej empatyczne podejście do dzieci, bronią swoich decyzji jak polscy piłkarze dostępu do własnej bramki. Czyli używając słabych argumentów i z pełną świadomością, że w dłuższej perspektywie skazani są na porażkę.

Chociaż doskonale o tym wiedzą, to tu i teraz nie mogą się przecież przyznać do braków w praktyce i teorii budowania relacji z własnymi dziećmi. Albo te umiejętności bagatelizują. Trudno się przecież przyznać do błędu znanemu w środowisku lekarzowi czy architektowi, który osiągną zawodowy sukces, wygląda jak z okładki żurnala, ma piękną żonę i już trzecie dziecko. Jemu się przecież wszystko udaje, więc wychowanie dzieci też musi grać jak w zegarku. Zarówno w oczach innych, jak i swoich własnych. (O tym jak skutecznie można komunikować się z dzieckiem z szacunkiem i miłością napisałem TUTAJ.)

I właśnie w takich chwilach rozpaczliwej próby racjonalizacji własnego surowego zachowania, na przekór zdrowemu rozsądkowi i naukowej wiedzy, którą skądinąd taki rodzic chętnie przywołuje w dyskusjach na bardziej wygodne dla niego tematy, wypala on ze standardowym tekstem:

Mój ojciec też krzyczał a przecież wyszedłem na ludzi.

Przypomina mi to inne złote sentencje pasujące do rzeczywistości jak PiS do prawa i sprawiedliwości. Możemy je mnożyć w nieskończoność. Niektórzy ludzie palą i dożywają stu lat. Smog był zawsze i jakoś ludzie żyli. Szczepionki nie działają, bo są produktem spisku firm farmaceutycznych.

I wtedy po raz kolejny ubolewam nad tymi biednymi rodzicami. Bo zastanawiam się, co mają na myśli, kiedy mówią, że wyszli na ludzi. Bo raczej nie to, że potrafią pełną piersią wydzierać się na mniejszego o połowę człowieka, żądając od niego słowa przepraszam i patrzenia sobie w oczy, kiedy on, ten ważny rodzic, przemawia. No chyba nie o takim synu czy córce-rodzicu marzyli z kolei dziadkowie dziecka.

Jeśli chcesz dzieci nauczyć zasad życia wśród innych a jednocześnie zdajesz sobie sprawę, że krzyk i inne formy agresji czy manipulacji prowadzą na manowce, dołącz do grupy fejsbukowej Rodzice RIE i poznaj odpowiedzi na te nurtujące Cię pytania.

Bo ktoś kiedyś też na nich krzyczał.

Jeśli wcześniej w moim współczuciu wyczuliście ironię, to przyznaję się do niej. W powyższych akapitach żal mieszał się z ironią. Ale w tym miejscu nie ma już na nią miejsca. Bo kiedy zastanowimy się, dlaczego dorośli ludzie automatycznie krzyczą na swoje dzieci, to tak naprawdę zrozumiemy, że w ten sposób odkrywają najwstydliwsze karty ze swojego dzieciństwa. Karty, o których często wolą już nie pamiętać.

Najprawdopodobniej byli świadkami takiej samej przemocy.

Na nich też ktoś krzyczał. Albo krzyczał na ich starszego brata. Lub siostrę. Bez różnicy. Strach, który te dzieci przeżywały, był równie duży. Długo nie zapomnę sceny z filmu Kler, w którym mały chłopiec jest bezpośrednim świadkiem gwałtu na innym chłopcu. Jemu nic się pozornie nie stało. A jednak wystarczy obejrzeć ten film do końca, żeby przekonać się, jak przeżył to, co zobaczył i do czego był zdolny posunąć się, kiedy dorósł.

Na dodatek często ci rodzice pozwalają sobie na takie zachowanie TYLKO w stosunku do własnych dzieci. I dlatego dla otoczenia, przyjaciół i znajomych jest to szokujące. Jak to możliwe, że największy przyjaciel, dusza towarzystwa, hojny, otwarty i pomocny innym człowiek tak traktuje swoje dzieci? Dlaczego traktuje je gorzej niż wszystkich innych ludzi na świecie? Jak to możliwe, że nie szanuje ich, że nie uważa ich za ludzi równych sobie?

W relacji z dzieckiem wychodzą na jaw wszystkie frustracje, napięcia i nieuświadomione pragnienia.

Mogły zostać one skutecznie uśpione przez otoczenie (a najwcześniej przez rodziców tychże rodziców). Okazuje się, że w tym człowieku, który wydaje się wzorem do naśladowania, drzemią siły, których on do końca nie rozumie. I one znajdują teraz ujście w dramatycznym błaganiu o posłuszeństwo. A tak naprawdę może chodzić tylko o uwagę, o wysłuchanie, o zrozumienie. O wszystko to, czego nie było mu dane przeżyć wiele lat temu, a teraz można to sobie bezkarnie wziąć od przerażonego dziecka, które mu się nie przeciwstawi.


Co więc można zrobić, kiedy widzimy jak bliska nam osoba w ten sposób traktuje swoich maluchów? Naturalnie włącza się przecież funkcja obronna. Może nawet mamy ochotę ukarać tego bezmyślnego i okrutnego rodzica. Dać mu nauczkę. Może nakrzyczeć? Tyle że powielimy w ten sposób jego metody. A to nic nie da. Nic nie zmieni.

Przyznaję, że nie jest to łatwa sprawa. Bo przecież dlaczego mamy się wpieprzać z butami do czyjegoś życia? I jeszcze narazić się przyjacielowi? Pomóc może właśnie zmiana perspektywy. Tutaj przecież chodzi o dobro tego rodzica. O jego cierpienie, które widać gołym okiem. No więc być może to, czego można spróbować (co jest bardzo trudne), to łagodnie dawać mu sygnały zwrotne. Że zauważamy coś niespójnego w jego zachowaniu. Bo przecież on nie jest złym człowiekiem. Wręcz przeciwnie. Jest przecież nam bardzo bliski. Robi wiele dobrego. I nie krzyczy na innych. Nie krzyczy na nas. A przecież krzyczy na dzieci.

Czy to nie jest wystarczający powód do zastanowienia, o co w tym naprawdę chodzi?

 

Zobacz także / Related post
Tomasz Smaczny on EmailTomasz Smaczny on FacebookTomasz Smaczny on InstagramTomasz Smaczny on Linkedin
Tomasz Smaczny
Nazywam się Tomasz Smaczny i jestem ciekawym tatą.
Pomagam mamom i tatom małych dzieci podejmować najlepsze decyzje dotyczące opieki i wychowania swoich pociech. Żeby poczuli się spokojnie, kompetentnie i bardziej spełnieni jako rodzice.

Jak i dlaczego to robię? Przeczytaj moją historię...

Zobacz także
Nie zapomnij…

Nie zapomnij…

Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale kiedy zauważam, że ktoś krzyczy na dziecko, to dosyć automatycznie ja zamieniam...
Read More
Gdybym mógł cofnąć czas, czyli co zrobiłbym inaczej jako młody tata.

Gdybym mógł cofnąć czas, czyli co zrobiłbym inaczej jako młody tata.

Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale kiedy zauważam, że ktoś krzyczy na dziecko, to dosyć automatycznie ja zamieniam...
Read More
Szkoła rodzenia. Czy wiedza z niej wyniesiona wystarcza w pierwszych 100 dniach życia Maluszka? (wyniki ankiety)

Szkoła rodzenia. Czy wiedza z niej wyniesiona wystarcza w pierwszych 100 dniach życia Maluszka? (wyniki ankiety)

Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale kiedy zauważam, że ktoś krzyczy na dziecko, to dosyć automatycznie ja zamieniam...
Read More
Programowanie dziecka dla początkujących. Twojego również.

Programowanie dziecka dla początkujących. Twojego również.

Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale kiedy zauważam, że ktoś krzyczy na dziecko, to dosyć automatycznie ja zamieniam...
Read More
Samodzielność. Czego najbardziej potrzebuje dziecko, żeby ją osiągnąć?

Samodzielność. Czego najbardziej potrzebuje dziecko, żeby ją osiągnąć?

Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale kiedy zauważam, że ktoś krzyczy na dziecko, to dosyć automatycznie ja zamieniam...
Read More